Tegoroczne święto zmarłych skłoniło mnie do szczególnych przemyśleń. Może nie do końca samo święto, ale wczorajsza rozmowa z kolegą i…serial. Zacznę może od samego końca. Może niektórzy znają wielosezonowy horror “Supernatural”. Duchy, wampiry, różne stwory, ale w kilku ostatnich sezonach również Bóg, Niebo, Piekło i wszystko to, w co wierzy większość ludzi. W bardzo ciekawy sposób przedstawione jest tam szczególnie Niebo. Głowni bohaterowie umierając (tak, robili to wielokrotnie, trzeba obejrzeć, żeby zrozumieć) trafiali do zmaterializowanego Nieba. Tzn nie bujali gdzieś w chmurach, ich dusze nie błąkały się po bezkresach wszechświata, tylko trafiali np. do domu rodzinnego za którym niezmiernie tęsknili. W tym serialu ideą Nieba jest miejsce/czas/sytuacja, którą najlepiej wspominają z życia ziemskiego. I tutaj nasuwają się moje myśli – gdybym umarła, w jakiej rzeczywistości bym się znalazła? Gdzie moje pragnienia, moja podświadomość by mnie przeniosła? I szczerze mówiąc nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Nie potrafię jednoznacznie określić jednego najpiękniejszego momentu mojego życia, bo chyba taki jeszcze nie nastąpił. Jestem szczęśliwa, ale wciąż nie przeżyłam niczego przełomowego. Powoli spełniają się moje drobne marzenia. Sukcesywnie dążę do realizacji kolejnych. I sądzę, że chyba nigdy nie spełnię wszystkich, a więc nie będę mogła wybrać jednego jedynego momentu, bo nie będę mieć porównania.
Przemyślenia te jednoznacznie wiążą się z moją wczorajszą rozmową z kolegą, a później z kolegami. Zastanawialiśmy się, co się z nami stanie po śmierci. Umrzemy i przepadniemy, będziemy skakać po chmurkach, pójdziemy do nieba? Ale czym właściwie jest to niebo lub piekło? Jeden kolega mówił, ze wierzy w życie pozagrobowe, ale nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Drugi zaś twierdził, że wraz z naszą śmiercią znikniemy na dobre. Myśląc o tym, nie przeraża mnie ani jedna, ani druga wersja. Jeżeli umrę i moja świadomość umrze wraz ze mną, właściwie będzie mi to już obojętne i jakby nic nie stracę. Jeżeli jednak zachowam ‘świadomość’ wtedy się przekonam ‘co dalej?’. Myśl, że mogę umrzeć na dobre skłania mnie nawet do tego, by dobrze i w pełni przeżyć te kilkadziesiąt lat i ustąpić miejsca innym. Na przestrzeni wieków, biorąc pod uwagę zmieniające się pokolenia, moja osoba jest tylko drobną cząstką i nie mogę egoistycznie żądać miejsca w jakimś niebie. Cieszę się z samego faktu, że jakaś siła dała mi możliwość przyjść na ten świat, zobaczyć, doświadczyć, przeżyć, kochać, płakać, cieszyć się. Samo to sprawia, że czuję się wyjątkowo, a co będzie kiedy umrę? Czy to tak naprawdę ma jakieś znaczenie?

Mój dziadziu umarł siedem lat temu. W początkowych latach po jego śmierci byłam jeszcze osobą głęboko wierzącą. Przerażała mnie myśl, że odszedł i mógl pójść do piekła lub do nieba  i kiedy ja umrę to możemy się nie spotkać, bo trafię do innego miejsca. Teraz kiedy przestałam wierzyć w katolickie Piekło i Niebo jestem szczęśliwa. Idąc na grób Dziadzia rozmawiam z Nim, a nie martwię się o ‘miejsce’ jego pobytu. Jeśli cząstka jego została zachowana i jeżeli mnie słyszy to dobrze. Jeżeli zaś nie, to mówiąc do niego mówię tak naprawdę do siebie. Ale to nie ma znaczenia. Chodzi o sam fakt wypowiedzenia tego, co leży mi na sercu.